czółna zabytkowe

Pierwsze moje czółno to tzw dłubanka wypalana ogniem – gdy go wyczaiłem  u rolnika w stodole i wynegocjowałem zakup posiadało grubą warstwę zwęglonego drewna wewnątrz i zewnątrz. Nie można było tego tak zostawić gdyż smoliło zarówno ręce jak i galoty przy każdym kontakcie. Chcąc pozbyć się tego smolącego balastu  uskrobałem dłutami i różnymi skrobakami ok trzy dziesięciolitrowe pojemniki czarnego pyłu zanim pokazało się naturalne drewno. Po tej operacji ukazały się słabe punkty tzn wypadające sęki, podłużne pęknięcia i inne ubytki, jak to zwykle bywa z bardzo starymi ramotami. Ławeczka była tak wybutwiała, że rozpadła się przy próbie odbicia i trzeba było dorobić nową, poszukawszy oczywiście wcześniej odpowiednio wiekowej deski.Po mozolnym załataniu wszystkich tych wątpliwych miejsc nadszedł czas na konserwację. Wcześniej jeszcze był proces szlifowania w obłokach czarnego pyłu a czółno uzyskało kolor ciemnego brązu z rożnymi rozjaśnieniami gdy mocniej przetarłem drewno i… zaczęło mi się po prostu podobać. Czym jednak zakonserwować to dzieło dawnego szkutnika? W internecie znalazłem wspomnienie człowieka który pracował gdzieś w skandynawskim warsztacie właśnie przy renowacji starych łodzi i pisał mniej więcej tak: ….. braliśmy wiadro albo dwa oleju lnianego,  dolewali terpentyny, podgrzewali, mieszali i malowali obficie przez parę dni a tak na oko to dziesięć a może piętnaście razy aż przestało wchłaniać. Później braliśmy się na pół roku do innej roboty. Po upływie tego czasu szef kazał brać miękką szmatę i trzeć dotąd aż będzie błyszczeć…… Oczywiście  różnych metod konserwacji mniej lub bardziej wiarygodnych jest multum nie wyłączywszy olejnej farby, płynnej smoły i innych tego typu medykamentów. Aby nie przedłużać powiem tylko, że zrobiłem tak  jak ten człowiek radził i wszystko wyszło dobrze, pacjent żyje ale zmienił kolor na zbliżony do czarnego, co samo w sobie nie jest takie złe, gdyż wygląda jeszcze bardziej wiekowo. Pływa jednak, wody nie chłonie i cieszy oko swojego armatora i spotkanych na szlaku wodniaków.

Zafascynowany wynikiem mojej renowacji zacząłem rozpytywać w rodzinnych kręgach i znalazłem kolejny eksponat.  Pokryte było szczelnie niebieskawą olejną farbą z wewnątrz i zewnątrz. Takie rozwiązanie konserwacji to wyrok śmierci na drewno zwłaszcza gdy narażone jest na stały kontakt z wodą i wilgocią. Pozbycie się tej powłoki było konieczne aby zobaczyć co jest pod farbą  a także aby zaimpregnować później czyste i zdrowe drewno. Najprościej byłoby zeszlifować wszystko na gładko, ale szkoda mi było łuskowatej powierzchni , powstałej od uderzeń ciosłem przez dawnego szkutnika który tą „dłubankę ” wykonywał. Zdecydowałem się uczynić stronę zewnętrzną gładką a wewnątrz wspomniane wgłębienia  szlifowałem krążkami mocowanymi do uchwytu elektrycznej wiertarki  i jakoś to wyszło ale kilogramy kurzu w nosie i płucach to fakt autentyczny. Jak widać na zdjęciach poniżej problemów z reperacją trochę było lecz teraz dobra konserwacja i  na wiele lat będzie spokój.

Jak na zabytek przystało konserwację wykonuję sprawdzoną już skandynawską metodą czyli olejem lnianym z dodatkiem terpentyny aby komponent głębiej penetrował drewno. Trochę mnie ta metoda in minus zaskoczyła a to dlatego że impregnowałem co najmniej dziesięć razy i drewno wchłania dalej a olej drogi i tylko na zamówienie. Przypomniałem sobie o pokoście lnianym w tej sytuacji bo kiedyś po ostatnim etapie konserwacji olejem pokryłem łódkę trzykrotnie pokostem też oczywiście rozcieńczonym i po wyschnięciu otrzymałem elastyczną powłokę której woda kompletnie się nie czepiała mimo wielu głębokich zarysowań o kamienie. Pokost wysycha znacznie szybciej niż olej bo w okresie ok 30 dni a nie do pół roku w przypadku oleju. Tym razem uzyskałem ładny czekoladowy kolor z odcieniami i i w zasadzie jeżeli chodzi o stan techniczny, wszystko jest git. Dzielność morską tej mojej staruszki sprawdziłem na spływie Sanem gdzie przez trzy dni stawiałem w pojedynkę czoła kajakarskim dwójkom z PTTK Rzeszów i to na dodatek przy wysokim stanie wody i  lejących się z nieba potoków deszczu. Łódeczka spisała się super ale wioślarz miał trochę kondycyjne problemy,  inaczej mówiąc kajakarze dali mu popalić a to dlatego że czółno waży trzykrotnie więcej niż kajak a piszący te słowa był od niektórych uczestników spływu był trzy razy starszy.

 Idź do Czółno 12 metrowe lub Czółno 9 metrowe

Podziel się na:
  • Drukuj
  • Facebook
  • Twitter
  • Google Bookmarks