O mnie

Wodowanie najdłuższej dłubanki Europy.

Więcej informacji na blogu we wpisach: „Czółno 12 metrowe” i „Popłyń łodziami Wikingów„.

Kazimierz Bąk, właściciel strony – z wykształcenia hydrogeolog z wojska dowódca kutra, rzemieślnik i przedsiębiorca, zostając emerytem zakotwiczył na swoim rancho  gdzieś między Szczucinem a Połańcem w  woj. podkarpackim.

Kazimierz Bąk na własnoręcznie wykonanym dziewięcio- metrowym czółnie -dłubance, na Wiśle w Otałęży

Marek o Kazimierzu„do szkoły średniej chodził z afgańskimi talibami, ściskał rękę tow. Breżniewa, czerwoną książeczkę z myślami Mao Tse-tunga otrzymał od chińskich studentów a z Wietnamczykami grywał w ping-pongaOpowieść o talibach (prawdziwa) … w latach 1963-68 byłem uczniem Technikum Geologicznego w Krakowie. Szkoła nasza mieściła się w poklasztornym budynku przylegającym bezpośrednio do gmachu kościoła przy ul. Św. Filipa. Mieszkałem natomiast w tzw. bursie przy dawnej ul. Puszkina (obecnie Foscha). To ulica biegnąca od hotelu Cracovia wzdłuż błoń w kierunku mostu na Rudawie. W 1967 roku (o ile dobrze pamiętam) pojawiła się w naszej szkole grupa ok. 20 młodych mężczyzn o czarnych włosach i śniadej cerze mówiących nieźle już po polsku. Zostaliśmy poinformowani, że są to Afgańczycy i będą naszymi kolegami w tej szkole. Zamieszkali w jednym z pawilonów właśnie przy ul. Puszkina co ułatwiło nam nawiązanie bliższych kontaktów. Byli egzotycznymi kolegami nawet jak na standardy Krakowa, gdzie wówczas uczyło się bądź studiowało wielu przedstawicieli różnych nacji narodowościowych. Kiedyś podczas wspólnego posiłku na stołówce zorientowaliśmy się, że otrzymują inne niż my posiłki i wyszło na jaw iż są muzułmanami i nie jadają wieprzowiny co dla nas młodych było dobrym doświadczeniem, bo dotychczas tylko o tym słyszeliśmy. Afgańczycy byli sympatycznymi młodymi ludźmi, chociaż nieco starszymi od nas. Z rozmów z nimi o ich kraju jawił się nam zupełnie nieznany, a nawet niezbyt wyobrażalny jak na owe czasy obraz afgańskiej rzeczywistości. Mówili, że ich ojcowie są bogaci są jakimiś przywódcami czy wodzami, trudno po tylu latach dosłownie ich cytować. Dziś wiemy o systemie klanowym w Afganistanie i nasi koledzy nie byli chyba synami tych co pasali kozy, a raczej pewnej afgańskiej elity społecznej. Czy zostali Talibami? Trudno powiedzieć. Nie było by w tym natomiast nic dziwnego gdyby nasi bohaterscy wojacy podczas swojej „pokojowej misji” pogadali sobie przypadkiem niezłą polszczyzną  z napotkanym prawdziwym Talibem i zostali poproszeni o pozdrowienie w Polsce piszącego te słowa. Kontakt listowny przez jakiś czas jeszcze z niektórymi mieliśmy, już po zdaniu matury i ich wyjeździe do Afganistanu. To oraz wiele innych ciekawych doświadczeń z młodości, inspirowało do wybierania nieschematycznych ścieżek w dorosłym już życiu.

Kazimierz Bąk podczas wykonywania rekordowej długości łodzi – czółna z jednego pnia drzewa

O szczegółach życiorysu Kazimierza czytaj w publikacji Historia Mieleckiej Opozycji 1940-1990 pod bezpośrednim adresem.

Historia z Breżniewem. Jak już wspominałem, uczęszczałem do Technikum Geologicznego w Krakowie na wydział hydrowiertniczy. Szkoła nasza z nieznanych mi bliżej przyczyn, służyła ówczesnej socjalistycznej władzy do realizacji tzw komitetów powitalnych. Niejednokrotnie zapewnialiśmy frekwencję na ważnych uroczystościach państwowych. Owego feralnego dnia podczas jednej z lekcji poinformowano nas enigmatycznie, że to wszystko na dzisiaj i udajemy się na krótką wycieczkę. Zaraz podjechały takie specyficzne ciężarowo-osobowe samochody, ala ZOMO, które powiozły nas na lotnisko w Balicach. Udaliśmy się w głąb lotniska do miejsca gdzie zgromadziło się już ok. tysiąca osób w różnym wieku. Teren ograniczony był grubym sznurem na metalowych stojakach. Tu rozdano nam bukiety świeżych kwiatów i kazano czekać. Po ok. godzinie wylądował jakiś samolot, były powitania, salutowania ale jeszcze nie wiedzieliśmy komu ta feta. Gdy grupa przybyłych samolotem osób zbliżała się do nas, ze zgrozą i zdumieniem rozpoznaliśmy towarzysza Leonida Breżniewa jako centralną postać tej delegacji.

Kazimierz Bąk w swojej pasiece z ramkami pełnymi miodu

W charakterystycznej futrzanej uszatce, w płaszczu z futrzanym kołnierzem zap…. prosto na nas. Trochę zesztywnieliśmy ale gorące brawa wokół i jakieś wiwaty na jego cześć tak nas zahipnotyzowały, że ja i kilku moich kolegów stojących obok w pierwszym szeregu uścisnęliśmy wyciągniętą prawicę tego satrapy nie zdając sobie sprawy jaki „zaszczyt” nas spotkał i co się dzieje. Nasz dostojny gość przemieścił się kilkanaście metrów dalej, tam znowu komuś podał rękę, trochę nią pomachał w wielkopańskim geście pozdrowienia polskich wiernych towarzyszy, a po niedługim czasie podjechały limuzyny i zabrały go z lotniska. Zziębnięte towarzystwo szybko zaczęło się rozchodzić bo mżawka i wiatr na otwartej przestrzeni lotniska dały się we znaki. Nasze środki transportu zaraz podjechały podwożąc nas pod samą szkołę, skąd po zabraniu swoich teczek i toreb z książkami udaliśmy się każdy w swoją stronę. Bardzo podobnie witałem też towarzysza Ulbrichta p.o. namiestnika w ówczesnej NRD. Jako ciekawostkę dodam, iż podczas wizyty gen. de Gaulle w Krakowie  przy plantach zgromadziły się spontanicznie takie tłumy krakowian, że ledwo dojrzałem jego głowę gdy na stojąco w odkrytym samochodzie robił powitalną rundę wokół starego miasta. Przedstawiam tą i kilka innych relacji jako swego rodzaju ciekawostki aby  przybliżyć nieznane fakty czy realia z minionych choć nie tak bardzo odległych czasów  PRL-u.  Prawdę powiedziawszy nie tak wielu z obecnie żyjących mogło temu panu z tak bliskiej odległości popatrzeć w oczy, w których jak to bodajże  prezydent Reagan stwierdził  …”dało się odczytać tylko trzy litery czyli… KGB”…. ahoj – Kazimierz Bąk

Kazimierz Bąk przy 9 metrowym czółnie z groźnym zarostem wilka morskiego

Podziel się na:
  • Drukuj
  • Facebook
  • Twitter
  • Google Bookmarks